- Kim jest Aleksandra Pędraszewska? Inwestorka i przedsiębiorczyni, partnerka w funduszu Vastpoint, a wcześniej współzałożycielka deeptechowego startupu i jedna z 40 pierwszych osób w firmie ElevenLabs.
- Praca w ElevenLabs: założycieli - Matiego Staniszewskiego i Piotra Dąbkowskiego - poznała jeszcze w Liceum im. Kopernika w Warszawie. W firmie odpowiadała m.in. za obszar bezpieczeństwa produktu. Obecnie ElevenLabs to firma wyceniana na 22 mld dolarów.*
- Vastpoint: wraz z Karoliną Kukiełką i Zuzanną Brzosko prowadzi fundusz VC, który powstał przy udziale PFR Ventures.
Michał Karbowiak: Często ktoś prosi Cię o połączenie z ElevenLabs?
Aleksandra Pędraszewska: Jakiś temat związany z ElevenLabs pojawia się pewnie kilka razy w tygodniu, ale w bardzo różnych kontekstach. Pomagam, jeśli ktoś ma fajny, konkretny biznes do zrobienia, znalazł odpowiednią osobę w firmowym zespole i ma do niej konkretną prośbę. Lub jeśli jego startup może kwalifikować się do programu Startup Grants prowadzonego przez ElevenLabs.
Natomiast - mówiąc bardzo otwarcie - właściwie nie robię bezpośrednio intro do założycieli: Matiego Staniszewskiego czy Piotra Dąbkowskiego.
Są zbyt zajęci? W książce „RzeczpospolitAI” Mati Staniszewski ujawnił, że od założenia firmy właściwie nie miał dnia wolnego.
To prawda - pracują naprawdę ciężko i tematami niezwiązanymi bezpośrednio z firmą, jak inwestycje anielskie, zajmują się wyłącznie w weekendy.
Wyjątkowa klasa F
Aleksandra Pędraszewska: inwestorka, partnerka w funduszu Vastpoint, niegdyś współzałożycielka deeptechowego startupu VividQ, koleżanka założycieli ElevenLabs z klasy F w XXXIII LO imienia Mikołaja Kopernika w Warszawie. To ostatnie jest w polskim ekosystemie błogosławieństwem czy obciążeniem?
Patrząc na moją ścieżkę kariery profesjonalnej - błogosławieństwem. Miałam dużo szczęścia, że już w szkole trafiłam na grupę wyjątkowych ludzi i między innymi dzięki temu mogłam obserwować sukces ElevenLabs z bliska, zanim stał się globalnie rozpoznawaną marką.
Cieszę się również, że „mimo” tych wielu międzynarodowych sukcesów, wciąż działamy aktywnie w polskim ekosystemie startupowym. Mati sam wsparł dziesiątki projektów prowadzonych przez Polaków, udaje nam się też wspólnie inwestować. Weszliśmy np. w rundę firmy Replenit, budującej narzędzia AI, które pozwalają markom docierać do klientów we właściwym momencie i najskuteczniejszymi kanałami. Ja zainwestowałam w spółkę z ramienia Vastpoint, Mati prywatnie.
Na ile Liceum im. Kopernika ukształtowało Ciebie i twórców ElevenLabs?
Od razu uprzedzam: szkolnych anegdot o chłopakach ode mnie nie usłyszysz (śmiech). Osobiście nie czuję się ukształtowana przez szkołę jako instytucję. Raczej przez ludzi, których spotkałam i miałam wokół siebie.
Oni znaleźli się tam z jakiegoś powodu - mimo że nasze liceum było szkołą publiczną, do naszej klasy dostawały się prawie wyłącznie osoby z topowymi wynikami z egzaminów lub osiągnięciami w konkursach przedmiotowych.
To ekipa ludzi, którzy w wieku 15 lat zdecydowali się zdawać maturę międzynarodową, żeby mieć szansę studiować na topowych uczelniach na świecie.
W rozmowie z Tomaszem Świebodą z Innovo VC powiedziałaś: „Praktycznie na każdym etapie edukacji miałam jakieś konflikty z dyrekcją albo z ogólnie przyjętym systemem”.
Chyba tak trochę jest, że jeśli chcesz zmieniać rzeczywistość, to musisz w jakiś sposób nie zgodzić się z zasadami, które na niej zastajesz (śmiech). Nie akceptuję zasady „nie, bo nie”, chcę wiedzieć, dlaczego coś działa tak a nie inaczej i czy warto to zmienić. To cecha, której szukam też u najlepszych założycieli startupów.
Ale nie jest tak, że wszystkie elementy polskiego systemu edukacji są złe. To nasza duża siła, że wciąż o sukcesie, w największej mierze, decyduje chęć do nauki, włożony wysiłek, a nie pochodzenie czy pieniądze.
Zawdzięczamy to silnej pozycji niektórych szkół publicznych - to dlatego często słyszysz o warszawskim Koperniku, Batorym czy gdyńskiej Trójce. Jednocześnie w procesie edukacyjnym - systemowo - dążymy do uśrednienia. Czasem niemal na siłę. Czyli jak jesteś bystry i szybciej coś łapiesz…
…to możesz mieć problemy, jak powiedzmy Jakub Pachocki z OpenAI, którego chcieli wyrzucić ze szkoły.
No właśnie. Jeśli szybciej skończysz, to prędzej dostaniesz burę, że przeszkadzasz innym, niż nowe zadanie, które może być dla ciebie wyzwaniem.
Ty skończyłaś liceum z naganą dyrektora w aktach. Za co dostaje się naganę?
To bezpośrednia konkluzja tego o czym mówiłam wcześniej - kiedy dyrekcja, nie podając przyczyny, podjęła decyzję, że jako uczniowie nie możemy opuszczać budynku szkoły w godzinach lekcyjnych - bez względu na to, czy mieliśmy akurat wolne okienko, uznaliśmy to za najazd na naszą uczniowską wolność (śmiech).
Więc swego rodzaju grą stało się, żeby ze szkoły wyjść tak, aby nikt nie zauważył. Chodziło o złamanie zasady, która nie miała dla nas sensu. To jeden z powodów, dla których skończyłam liceum z naganą dyrektorską.
Mati Staniszewski i Piotr Dąbkowski też się buntowali?
Mati był przewodniczącym szkoły, więc z nauczycielami dogadywał się trochę lepiej (śmiech).
Kiedy Mati pokazywał wasze zdjęcie klasowe, rozpoczynając ElevenLabs Summit, zwróciłem uwagę, że jest Was na nim bardzo dużo.
Nasza klasa była rzeczywiście bardzo duża, chodziło do niej ponad 40 osób. Z niektórymi osobami właściwie nie miałam wspólnych zajęć, jeśli wybrali na maturze inne przedmioty i szli na przykład na medycynę.
Razem z Matim i Piotrkiem należeliśmy do grupy, która dość szybko zdecydowała, że chce iść na najlepsze brytyjskie uczelnie. Mati na Imperial College w Londynie, Piotrek na Oxford, ja na Cambridge. Każdemu z nas się udało.
Ta grupa osób mnie fascynuje. Ty wraz z Matim Staniszewskim jesteście w Radzie Przyszłości polskiego premiera, sam Mati w radzie doradczej prezydenta Polski, a Piotr Dąbkowski został ostatnio zaproszony do Grupy Reńskiej - think tanku powołanego przez Mario Draghiego w celu ratowania konkurencyjności gospodarki UE. Niesamowicie wpływowe środowisko.
Szczerze mówiąc też jestem czasem zaskoczona tym, jak potoczyły się losy tego rocznika (śmiech).
W naszej klasie było naprawdę dużo niesamowicie utalentowanych osób, które robią teraz ciekawe i wartościowe rzeczy w Polsce i na świecie. Tak się składa, że nasza trójka pojawia się w mediach najczęściej, ale wiele osób z tego klasowego zdjęcia inspiruje mnie każdego dnia.
ElevenLabs: droga do doskonałości
Historia Waszej znajomości nie skończyła się na maturze. Założyciele ElevenLabs stali się wiele lat później Twoimi przełożonymi, kiedy dołączyłaś do firmy.
Utrzymywaliśmy bliski kontakt w trakcie studiów i po nich. Miałam szczęście jako jedna z pierwszych osób zobaczyć pierwsze demo ElevenLabs, na którym Leonardo DiCaprio mówił głosem Kim Kardashian, Steve’a Jobsa czy Joe Rogana, jeszcze kiedy Mati i Piotr pracowali nad nim w wynajętym w Warszawie Airbnb.
Wiedziałam już wtedy, że mój czas w startupie, który budowałam, powoli się kończy. Po tym jak chłopaki zebrali pierwsze finansowanie latem 2023, mogliśmy też w końcu spotkać się u nich w biurze (śmiech). Ostatecznie do zespołu dołączyłam oficjalnie w lutym 2024.
To newralgiczny moment, bo w styczniu 2024 roku powstał deepfake głosu prezydenta USA Joe Bidena. Fałszywy klon miał namawiać wyborców w stanie New Hampshire do powstrzymania się od głosowania w prawyborach Demokratów. Na czym polegała Twoja praca nad ograniczaniem nadużyć?
Było wtedy jasne, że bezpieczeństwo to jeden z kluczowych obszarów działania spółki. Współtworzyłam zasady wykorzystania produktu przez użytkowników i technologiczne zabezpieczenia, które miały uchronić ElevenLabs przed podobnymi problemami: deepfake’ami, podszywaniem czy innymi nieuprawnionymi zastosowaniami.
Udało się?
Myślę, że tak. Choć najbardziej niewdzięcznym elementem pracy nad bezpieczeństwem produktu jest pewien paradoks: jeśli nie dzieje się nic złego, to dobrze zrobiłeś swoją robotę. Ale równocześnie nigdy nie wiesz, co mogłoby się stać, gdyby nie Twoja ciężka praca.
Bezpieczeństwo to również kwestia biznesowa, kwestia Twojej wiarygodności w relacjach z inwestorami, mediami i, co najważniejsze, z klientami - nieważne czy z sektora konsumenckiego (B2C), biznesowego (B2B) czy rządowego (B2G).
Od początku wiedzieliście, że ElevenLabs odniesie sukces w segmencie B2B czy B2G? Na starcie wydawało mi się, że produkt dostosowany jest bardziej do potrzeb indywidualnych twórców, czyli B2C.
Widząc od środka, co ten produkt „potrafi”, jaką wartość może dać klientowi, nie miałam wątpliwości, że sprawdzi się w biznesie czy zastosowaniach wskazanych przez administrację publiczną.
Firma rosła w niewyobrażalnym tempie: kiedy zaczynałam w lutym 2024 roku, było w niej 40 osób, kiedy kończyłam w lipcu 2025 roku - 400.
Opowiedz o tej dynamice widzianej od wewnątrz.
To unikalne doświadczenie. Pamiętaj, że wcześniej, w VividQ, przez siedem lat pracowałam w firmie, w której nie tylko trzeba było sprzedawać w różnych cyklach, ale wręcz edukować rynek.
W ElevenLabs zapotrzebowanie na produkt było właściwie dużo wyższe niż możliwości dostarczania kolejnych wersji. To wiązało się i pewnie nadal wiąże się z niesamowitą intensywnością, maksymalnie wysokim poziomem wymagań i oczekiwaniem doskonałości w każdym obszarze.
ElevenLabs bliżej Polski
Jak się w tym odnajdywałaś?
Dobrze, choć dynamiczny rozwój firmy niósł za sobą różne zmiany. Zespół bezpieczeństwa po wyborach w USA przeniósł się do San Francisco, a ja nie chciałam wyjeżdżać do Stanów.
Wiedziałam, że wyprowadzając się z Londynu do Warszawy, w ElevenLabs zbliżam się do tabliczki z napisem „exit”. Najpierw jednak uznaliśmy z Matim, że pomogę zbudować w Polsce sieć partnerstw.
Coś, co firma nazywa dzisiaj „powrotem do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło”.
Cel, który sobie postawiłam, to zwiększenie zaangażowania ElevenLabs w ekosystem. Wsparcie konkretnych inicjatyw: olimpiady AI, konferencji ML in PL (duże wydarzenie dotyczące uczenia maszynowego - przyp. red).
Chodziło o zbudowanie realnej nici porozumienia między firmą a Polską, zmniejszenie pewnej naturalnej odległości. Tak, żeby ta relacja nie kończyła się na „spółka została założona przez dwóch Polaków”.
Jestem bardzo dumna z tego, co udało się zrobić, i cieszę się, że te działania są kontynuowane i wzmacniane.
Na własnej skórze przekonałam się też, co to znaczy, kiedy klienci pragną Twojego produktu. Są przekonani do zakupu czy współpracy po 20-sekundowym demo. Niesamowite uczucie. Chciałabym kiedyś wrócić do firmy produktowej i znów czegoś takiego doświadczyć.
Czy wyobrażasz sobie, że ElevenLabs może stracić swoją pozycję rynkową?
To szerokie pytanie. Jest wiele dyskusji o tym, co dalej, w momencie, w którym modele głosowe zdają już Test Turinga - czyli generowany głos jest nie do odróżnienia od głosu człowieka.
W erze agentów AI bitwa rozgrywa się teraz na poziomie szybkości generowania mowy, ale też coraz bardziej widoczna jest konkurencja ceną. Czy to doprowadzi do komodytyzacji modeli? A jeśli tak, to czy szerokie rozbudowanie wersji aplikacji będzie tą najważniejszą przewagą technologiczną? Jakie znaczenie będzie mieć zaufanie do marki, wiarygodność biznesowa?
Jaką przyszłość widzisz dla ElevenLabs?
Wierzę, że z sukcesem będzie nawigować przez te kluczowe dla rynku AI wyzwania i na stałe wejdzie do grupy największych spółek technologicznych na świecie.
Cambridge: jak w Harrym Potterze
Jakie to uczucie, kiedy o Twojej historii opowiada w wystąpieniu w Sejmie minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, a całości słuchają prezydent Karol Nawrocki i premier Donald Tusk?
To duży zaszczyt.
Czułaś się zestresowana?
Raczej wyróżniona. W końcu nie codziennie minister wskazuje Cię jako przykład trendu pt. „Utalentowani Polacy wracają do kraju”. Ale szczerze mówiąc najbardziej zależałoby mi, żeby takich historii było jak najwięcej. Wierzę, że wraz z rozwojem naszego ekosystemu tak właśnie będzie.
Akurat z Sikorskim macie trochę podobną biografię. On skończył Oxford. Ty mówisz o sobie: ukształtowana przez Cambridge.
Dostanie się na Cambridge było ogromnym marzeniem i celem, który definiował moją ścieżkę edukacyjną. Ale na samym uniwersytecie dostałam nawet więcej, niż myślałam.
Wiedzy?
Możliwości rozwoju jako człowiek. Po raz pierwszy poczułam, że jeśli chcę realizować rzeczy, które są dla mnie ważne i ciekawe - także poza nauką - to nie muszę o to walczyć. Mało tego, jeszcze dostanę dodatkowe wsparcie.
Jakiego rodzaju?
Instytucjonalnego, ale też ludzkiego. Na Cambridge, na studiach licencjackich, było trochę jak w Harrym Potterze. W Hogwarcie uczniowie należeli do domów, my do konkretnych college’ów.
To miejsce, gdzie mieszkasz, ale też środowisko, które o Ciebie dba. Mój college akurat był żeński.
W funduszu Vastpoint też masz same wspólniczki, nie jestem zdziwiony.
To Cię zaskoczę. Wcześniej, przed studiami, miałam w większości kolegów. Ale poszłam do tego college’u, bo studiowała tam znajoma znajomych, chyba jedyna osoba, którą znałam wtedy na całej uczelni. I nie żałuję - naprawdę czuć tam było „female power” i wzajemne wsparcie.
Chciałam jechać na fajną konferencję do Londynu? Mogłam liczyć, że dostanę dofinansowanie na pociąg, co przy budżecie studenckim miało znaczenie.
Jeśli osiągnęłam dobre wyniki w nauce albo zrealizowałam fajny projekt społeczny, to znajdowałam miłą kartkę z gratulacjami od mojego college’u.
Poczułam się zauważona, doceniona.
Długa droga do biznesu
Idąc na studia, wiedziałaś, że zostaniesz przedsiębiorczynią?
Wtedy nie miałam pojęcia, czym jest przedsiębiorczość, ale też consulting czy bankowość inwestycyjna. O startupach tym bardziej, prawie w ogóle się o nich nie mówiło.
To skąd biznes?
Prowadziła do tego długa droga. Zawsze lubiłam organizować, tworzyć: konferencje, przedstawienia, stronę internetową.
Jeszcze w liceum brałam udział w Olimpiadzie Projektów Społecznych, gdzie nauczyłam się podstaw zarządzania projektami.
Na studiach byłam mega zaangażowana w polskie stowarzyszenie na Cambridge. Zrealizowaliśmy całą masę inicjatyw, które w pewien sposób animowały tę społeczność…
Nadal daleko stąd do prowadzenia firmy.
Wcześniej niż prowadzeniem firmy zainteresowałam się technologią. Pod koniec studiów licencjackich pomyślałam, że mogę to wykorzystać akademicko, ale też pod względem rozwoju kariery zawodowej. W pracy licencjackiej analizowałam m.in. w jaki sposób rozwijają się spółki technologiczne w Cambridge.
A dlaczego to zrobiłam? Bo dzięki temu mogłam umówić się na wywiady z dwudziestoma czy trzydziestoma prezesami spółek technologicznych w Cambridge i zrozumieć, co oni w ogóle robią.
Liczyłaś, że dadzą Ci pracę?
Nie bezpośrednio - to był sposób, żeby się zainspirować. Poza tym działanie tych firm technologicznych wydało mi się ciekawe.
Na magisterce poszłam już konkretnie na „Technology policy”, czyli kierunek, który łączy analizę sektora innowacji z, jak powiedzielibyśmy po polsku, działalnością sektora publicznego.
Uczyliśmy się na konkretnych przykładach o tym, jak rząd może wspierać ekosystem startupowy albo gdzie najlepiej działa „niewidzialna ręka rynku”. Pewnie to w jakimś sensie tłumaczy, dlaczego dziś działam na styku biznesu i sektora publicznego albo dlaczego zaangażowałam się w Radę Przyszłości przy premierze.
Big techy? Marzenie i rozczarowanie
Ale jednak nie do końca tłumaczy, jak stałaś się współzałożycielką startupu VividQ, który tworzył oprogramowanie do wyświetlaczy trójwymiarowych i holograficznych.
Zanim do tego doszło, marzyłam - jak chyba wszyscy wtedy - o pracy w big techach. Negatywne opinie na ich temat pojawiły się dopiero później. Kiedy kończyłam studia, to najlepsze, co mogło Cię spotkać, to praca w Google.
Próbowałaś się tam dostać?
Aplikowałam do DeepMind, przejętego już przez Google, ale kiedy pani z HR wytłumaczyła mi, jak będzie wyglądała moja praca w następnych latach, poczułam się jakbym miała wrócić do szkoły. Na zasadzie: takie są progi, taki program przejdziesz, po drugim roku musisz umieć to i tamto.
To zaskakujące. DeepMind wtedy wydawał się elitarny, awangardowy w branży technologicznej.
Byłam zakochana w tym koncepcie, uważałam, że robią niesamowite rzeczy. Uczestniczyłam nawet w spotkaniu z Demisem Hassabisem jeszcze w college’u, gdzie przy winie rozmawiało z nim może ze 30 osób.
Ale podczas rozmowy rekrutacyjnej okazało się, że pozycja junior project managerki, na którą aplikowałam, naprawdę przypomina szkołę. Pani z HR przyznała, że pewnie lepiej odnalazłabym się na wyższym stanowisku, ale ona nie może mnie na nie zatrudnić, bo nie mam doświadczenia.
Co zrobiłaś?
Może nawet ważniejsze jest to, co pomyślałam. Przede wszystkim zdałam sobie sprawę, że praca w big techach nie jest moim marzeniem, bo odbywa się w dość sztywnych ramach. Zrozumiałam również, że muszę sobie trochę sama stworzyć tę pracę marzeń. Bo do innej się chyba nie nadaje (śmiech).
VividQ - rewolucja, która się nie wydarzyła
Jak się tworzy pracę marzeń?
Zadziałał - jak zawsze - przypadek, któremu trochę pomogłam. Do VividQ poprowadziła mnie rozmowa ze znajomym, który był… fotografem polskiego stowarzyszenia na Cambridge. Kiedyś przypadkowo opowiedział mi o projekcie, który tworzył w ramach doktoratu na Wydziale Fotoniki. Poprosił mnie o pomoc w przygotowaniu prezentacji na nadchodzącą konferencję.
I tak od prezentacji do firmy?
Mieliśmy uzupełniające się kompetencje. On i jego znajomi z laboratorium - technologiczne. Ja - organizacyjne i, jak się później okazało, biznesowe. Na tamtym etapie wystarczyło do założenia firmy.
Jakiś czas później w mediach argumentowałaś, że wyświetlacze holograficzne, dla których VividQ tworzy oprogramowanie, są jednymi z podstawowych technologii pozwalających na masową adopcję rozszerzonej rzeczywistości. Twierdziłaś, że w dłuższej perspektywie taki wyświetlacz może pojawić się w praktycznie każdym używanym przez nas urządzeniu. Wszystko mieliśmy oglądać w 3D, nawet bez konieczności zakładania gogli czy specjalnego hełmu.
Były podstawy, by tak sądzić. Ale rewolucja w postaci rozpowszechnienia rozwiązań rozszerzonej rzeczywistości się nie wydarzyła. Liczyliśmy, że ten rynek będzie dużo, dużo większy - nawet nie tyle w sensie wartości, ile w kontekście realnego użycia konkretnych rozwiązań przez użytkowników. Nie wydarzyła się nowa fala urządzeń konsumenckich, nie zmieniły się sposoby interakcji ze światem cyfrowym…
To przynosi rewolucja AI.
No właśnie. Dlatego na niej urosną absolutni giganci.
Co dziś powiedziałaby inwestorka Aleksandra Pędraszewska tamtej założycielce Oli Pędraszewskiej?
Bardzo dużo rzeczy. Między innymi: aby zacząć zbieranie pieniędzy od inwestorów VC, trzeba najpierw uporządkować kwestie udziałowe. W VividQ straciliśmy mnóstwo czasu i pieniędzy przez problematyczny cap table z czasów pierwszej dużej inwestycji od anioła biznesu, co realnie mogło nas kosztować pozycję rynkową.
Matka Polka technologiczna
Gdyby inwestorem był Twój obecny fundusz Vastpoint, to by się udało?
Pewne rzeczy na pewno zrobilibyśmy inaczej, lepiej. Ale sukces zależy od ogromnej liczby czynników: szczęścia, timingu, czynników ludzkich, makroekonomicznych, sytuacji na świecie.
Na ile istotne w stworzeniu funduszu Vastpoint z dużym udziałem PFR Ventures była Twoja praca w ElevenLabs?
ElevenLabs otworzyło mi wiele drzwi, ale przy starcie funduszu dużo ważniejsze było moje doświadczenie z VividQ, gdzie byłam odpowiedzialna za pozyskiwanie finansowania i relacje z inwestorami. Poza tym nie buduję funduszu sama. W Vastpoint pracuję z dwoma świetnymi wspólniczkami: Karoliną Kukiełką i Zuzanną Brzosko.
Karolina przez siedem lat inwestowała w startupy w ramach londyńskiego funduszu InReach Ventures. Zuza budowała swój startup biotechnologiczny w Y Combinator, pracowała też m.in. w Goldman Sachs i zespole transakcji M&A w gigancie farmaceutycznym Eli Lilly. Myślę, że to ten miks kompetencji i doświadczenia przekonał do współpracy PFR, a także innych inwestorów.
Z Waszej trójki jesteś najbardziej aktywna publicznie i w mediach społecznościowych. Niektórzy mogliby powiedzieć, że jesteś „samozwańczą ambasadorką polskiego sektora technologicznego”.
Osiągnęliśmy przez ostatnie dwie dekady ogromny sukces jako kraj, ale też konkretnie jako polska społeczność biznesowa. Mimo to wciąż nie jesteśmy dobrzy w mówieniu o tym sukcesie. Nawet osoby, które zrobiły w swojej karierze naprawdę wielkie rzeczy, obawiają się oskarżenia o „przechwałki”. Dlatego sama chciałabym, żeby takich osób przyjmujących rolę ambasadorów było coraz więcej.
Ostatnio Artur Wala, twórca polskich społeczności AI Tinkerers i GTM Tech Week, nazwał mnie Matką Polką Technologiczną, co ogromnie mnie rozbawiło, ale też spodobało mi się na tyle, że z dumą umieściłam ten tytuł w mojej biografii na X/Twitter.
Presja? Sama na siebie nakładam największą
A czy aktywność na wielu polach nie odciąga Cię od rzeczy obecnie najważniejszej - od skutecznych inwestycji?
Bycie ambasadorką, aktywność w mediach zagranicznych, promowanie Polski, gospodarki i ekosystemu jest dla mnie ważne także z punktu widzenia funduszu. Te role się wzajemnie uzupełniają i napędzają. Zależy mi np. żeby zagraniczne fundusze widziały, że mamy w Polsce świetne spółki, i chciały wraz z nami w nie inwestować.
Jeśli dzwoni do mnie minister AI (Chief AI Officer) z Singapuru, bo przyjeżdża do Polski i chce zrozumieć ekosystem, to uważam, że moim obowiązkiem jest nie tylko się z nim spotkać. Obowiązkiem jest także pomyśleć, kto jeszcze powinien być przy stole.
A co do inwestycji, to co tydzień przeglądam masę spółek, które zgłaszają się do nas bezpośrednio, i takich, które wynikają z mojej analizy rynku z całym zespołem AI-owych agentów. Natomiast łączenie roli ambasadorki i inwestorki daje coś, co jest w tym biznesie najważniejsze: dostęp. Dostęp do najlepszych ludzi, do najlepszych inwestorów, do potencjalnie najlepszych późniejszych klientów dla moich startupów.
Czy taka aktywność nie nakłada na Ciebie dodatkowej presji? Gdyby nie udało Ci się zbudować dobrego portfolio startupów, to ludzie powiedzą: to dlatego, że siedziała na LinkedIn albo na eventach.
Presja? Największa jest ta, którą nakładam sama na siebie.
Swoją skuteczność ocenię za kilka lat, z perspektywy całego portfolio. A to, że ktoś mnie skrytykuje? Od 15 lat, kiedy pojawiam się w mediach, zderzam się z - prawie zawsze anonimowym - hejtem i musiałabym zrezygnować z większości projektów, które robię, żeby go uniknąć.
Jako partnerka w Vastpoint interesuje mnie głównie, jak zachowa się rynek AI na przestrzeni lat i ile wówczas będą warte moje spółki.
Łatwo znaleźć dobre spółki do inwestycji? Czasem inwestorzy VC narzekają: my pieniądze mamy, tylko ciekawych projektów brakuje.
W Polsce jest coraz więcej dobrych założycieli i projektów. Ale my szukamy doskonałych. Poprzeczka jest zawieszona naprawdę wysoko.
Twoje marzenie, to znaleźć nowe ElevenLabs?
Myślę bardziej ekosystemowo. Chciałabym, żeby Polska była atrakcyjnym miejscem do życia i pracy dla osób budujących globalne firmy technologiczne. Bo o tym, czy firma zostanie zarejestrowana w Polsce czy w innym kraju, decyduje mnóstwo osób i czynników. To nie musi być nawet decyzja założycieli, lecz inwestorów, rady nadzorczej, doradcy podatkowego.
W idealnym świecie chciałabym zobaczyć - pewnie już wydając kolejny fundusz w ramach Vastpoint - w polskiej gospodarce kolejną falę firm zakładanych przez osoby z doświadczeniem w takich spółkach jak Booksy czy ElevenLabs.
Chciałabym, żeby osoby, które tam pracowały, w oparciu o zdobyte doświadczenie, zrobiły coś swojego. Kolejne wielkie firmy.
I żeby wspierali ich w tym byli współpracownicy.
A ja mogłabym w te przedsięwzięcia zainwestować i obserwować, jak rosną.



